|
Wiadomość o zorganizowaniu przez ppłk. dra n. med. Henryka Kapustę Chóru Diecezji Śląsko-Łódzkiej wzbudziła we mnie radość, wzruszenie, a również wspomnienia związane z pierwszym, wieloletnim organistą Leonem Rokickim i Parafilanym Chórem przy kościele pw. św. Franciszka z Asyżu w Łodzi.Wspomnienia te obejmują Osoby śpiewaczek i śpiewaków osobiście mi znane, a również wiadomości zasłyszane od Leona Rokickiego i Jego rodziny.
Nie znam roku przybycia Leona Rokickiego z rodziną do Łodzi, ale zapewne było to kilka lat przed pierwszą wojną światową. Mieszkał w Łodzi przy ul. Franciszkańskiej 29 m 10, w sąsiedztwie kościoła, wraz z żoną, pięcioma synami i przyjętą na wychowanie sierotą, siostrzenicą swej żony. Każdy dzień życia zaczynał od grania w czasie porannej Mszy św. (w dni powszednie o godz. 6.00, a w niedziele o godz. 8.00), a obowiązki organistowskie kończył grając i śpiewając Nieszpory. Na utrzymanie rodziny zarabiał pracując jako konserwator i stroiciel fortepianów (korektor). Równocześnie źródłem dochodów było skupowanie starych, uszkodzonych pianin i fortepianów, remontowanie ich, a także z odzyskanych części odtwarzanie instrumentów zdatnych do użytku. Jak pamiętam, zawsze dla Leona Rokickiego granie (wówczas na fisharmonii) i śpiewanie w kościele było nie tylko najważniejszym obowiązkiem, ale przede wszystkim potrzebą serca. Dźwięk sygnaturki był dla Niego sygnałem do pozostawienia wszystkiego czym był zajęty, a również towarzystwa w jakim się znajdował i kierowania swych kroków do kościoła, na chór do tych, którzy zgodnym głosem chwalili Boga. Osób śpiewających było wiele. Kruszący się poprzez wiele lat chór seniorów zawsze uzupełniały głosy sióstr zakonnych, młodzieży kończącej szkołę prowadzoną przez siostry, a na kilka lat przed drugą wojną światową - głosy templariuszek i templariuszy. Do dnia 1 września 1939 r. łódzka parafia wrzała życiem, które przerwał wybuch drugiej wojny światowej i okupacja niemiecka. W pierwszych dniach wojny został aresztowany przez Niemców i zaginął bez wieści przyjaciel Leona, brat Kazimierz Kielik, pracownik kancelarii parafialnej. Zamknięcie przez władze okupacyjne szkoły i przedszkola, początkowo częściowe a następnie całkowite zlikwidowanie przytułku dla starców i dziecięcego żłobka, przesiedlenie kapłanów i siostry zakonne z ul. Franciszkańskiej 27 oraz mieszkańców z domu przy ul. Franciszkańskiej 29, a także przesiedlanie i wysiedlanie parafian z ich miejsc zamieszkania, aresztowania, przymusowe wywożenie do pracy w Niemczech, a również inne represje stosowane przez okupanta spowodowały, że życie parafii uległo załamaniu. Wprawdzie władze niemieckie zezwoliły łódzkim Mariawitom gromadzić się na modlitwy, ale to już była inna parafia. Organista wraz z żoną (czterej synowie i wychowanica założyli przed wojną rodziny, a najmłodszy syn, odbywający służbę wojskową razem z polskim wojskiem opuścił Łódź w pierwszych dniach wojny) po wysiedleniu z ul. Franciszkańskiej osiedlony był przy klasztorze w wyznaczonych przez Niemców miejscach. Najpierw, z częścią mieszkańców z ul. Franciszkańskiej 27, mieszkał w domu po zamkniętej przez okupanta szkole przy ul. Magistrackiej 6 (obecnie ul. Kamińskiego), a grał w kaplicy znajdującej się w budynku przy ul. Południowej 66 (obecnie ul. Rewolucji 1905 r.), gdyż tam były przesiedlone siostry zakonne i pozostali mieszkańcy domu klasztornego. Po pewnym czasie kaplica ta została zlikwidowana, a osoby uprzednio zasiedlone przy ul. Południowej 66 i Magistrackiej 6 zakwaterowano przy dawnym mariawickim kościele na ul. Podleśnej 22 (obecnie M. Curie-Skłodowskiej). W kościele tym władze niemieckie pozwoliły odprawiać nabożeństwa Mariawitom, a również Grekokatolikom. To były trudne lata niewoli. Część sióstr zakonnych okupant skierował do pracy poza Łodzią. Do kościoła przychodziło mniej parafian, mniej śpiewaków. Niewolnicze życie stwarzało wiele ograniczeń. Życie parafii zaczęło się odradzać w styczniu 1945 r., po wkroczeniu do Łodzi wojska radzieckiego i polskiego. Wrócono do zdewastowanego kościoła i budynków klasztornych przy ul. Franciszkańskiej 27, a Leon Rokicki z małżonką wrócił do swego przedwojennego mieszkania i kochanego kościoła. Po wojnie wielu dawnych parafian nie wróciło, ale przybywali nowi, Mariawici z innych parafii osiedlający się w Łodzi. Dla wspólnego dobra łódzkiej parafii nie żałowano siły i trudu, pracowano bezinteresownie ratując to, co można było jeszcze ocalić czy też zrekonstruować. Wszystkim trudnym przedsięwzięciom pomagała radość z odzyskanej wolności i powrotu do swojego kościoła. Odradzał się też zespół chóralny, a ze względu na trudności lokalowe, w pewnym okresie czasu po wojnie, lekcje śpiewu odbywały się w prywatnym mieszkaniu p.p. Lucyny i Wincentego Goncerzów. Pokonywano wiele kłopotów, ale rodziły się nowe problemy wynikające z choroby organisty. Leon Rokicki, po dotarciu do niego po wojnie wiadomości o śmierci jego najmłodszego syna (zginął w okresie wojny na Wschodzie) załamał się psychicznie i fizycznie. Wówczas pojawiły się przykre nieporozumienia, gdyż nie potrafił zrozumieć sytuacji, że już nie gra tak jak dawniej, że już nie może sprostać potrzebom wynikającym z funkcji organisty. Nie pojmował swej niemocy i stanu swojego zdrowia. Leon Rokicki zmarł 13 listopada 1953 r. po przeżyciu 75 lat. Zawsze, kiedy występowała potrzeba zastąpienia organisty, a więc i wtedy, kiedy Leon Rokicki nie mógł już grać w kościele, niezawodną była osoba siostry Otylii Jałosińskiej. S. Otylia grała i pięknie śpiewała, a podziękowania za Jej działalność, uśmiechając się, skromnie kwitowała słowami: "To nie moja zasługa; Bóg mi pozwala, to śpiewam". S. Otylia żyła lat 76, zmarła w 1977 r. W latach 1956 - 1986 organistą był mgr Stanisław Jałosiński. W naszym łódzkim kościele w różnych okresach czasu, a niekiedy doraźnie według potrzeby, "ratunkiem" dla chóru były również inne osoby, które grały i śpiewały. Z osób tych są mi osobiście znani: Henryk Obiedziński, śp. Piotr Pietrasiak (żył 78 lat, zmarł w 1985 r.), śp. mgr inż. Jan Rokicki, syn Leona (żył 82 lata, zmarł w 1986 r.). W okresie kiedy proboszczem parafii łódzkiej był br. bp. mgr M. Włodzimierz Jaworski, z chóru płynął śpiew, a w nim dominował wyjątkowo piękny głos s. Pelagii Jaworskiej, która w latach 1986-1997 pełniła również obowiązki organistki. Chóru Diecezjalnego, jaki zorganizowano obecnie, dotąd w Łodzi nie było. Rozumienie faktu, że zaczyna się nowy czas dla zespołu śpiewaczego spowodowało, iż objęłam myślami miniony, ponad półwieczny okres, w którym modlitwę w naszym kościele wzbogacał śpiew. We wspomnieniu tym nie potrafię wymienić wszystkich śpiewaków, zarówno ze względu na ich liczbę, jak również z uwagi na moją nieznajomość wielu nazwisk. Wobec tego z konieczności pozwolę sobie na przytoczenie, poza wyżej wymienionymi osobami, kilkunastu nazwisk osób, których śpiew solowy i chóralny rozbrzmiewał przez wiele lat w naszym łódzkim kościele. Są to:
Cecylia z Matuszkiewiczów Czerwińska,
Kazimiera Olszewska,
Janina z Bugajnych Wacławek,
W mojej pamięci wśród osób śpiewających na chórze naszego kościoła poczesne miejsce zajmują siostry zakonne, a w szczególności, śp.: Przekazując moje wspomnienia proszę o chwilę wdzięcznej zadumy o tych wszystkich, którzy śpiewem modlili się przez wiele lat ubiegłego wieku w murach kościoła w Łodzi. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto będąc bliżej dawnych śpiewaków, znając ich lepiej niż ja, zechce przekazać szczegółowe o Nich informacje i określić zasługi poszczególnych osób. Zapewne takie opracowanie byłoby interesującą częścią kart historii mariawickiej parafii św. Franciszka z Asyżu w Łodzi. Twórcy - kierownikowi i wszystkim śpiewakom Diecezjalnego Chóru życzę pomocy bożej w Ich działaniu, zapału i wytrwałości w potwierdzaniu śpiewem swej wiary i więzi z kościołem. Życzę szczytnych wyników pracy i stosownego uznania przez wszystkich, którym bliska jest modlitwa wyrażana śpiewem.
Szczęść Boże! |