Kapłan jako członek konsylium lekarskiego


 
Kilka  lat  temu  przeżyłem  oryginalną  przygodę.  Odwiedziłem  w  Szwajcarii  znajomego  księdza,  a  ten  mnie  zaprosił  na  obiad  do stołówki  szpitalnej,  gdzie  miał  etat.  Było  dla  mnie  osobliwe,  że  w  tej  stołówce  za  stołami  zasiadali  razem  pacjenci,  którzy  mogli  chodzić  i  personel  leczący.  Przy  obiedzie  można  było  z  lekarzem  porozmawiać  inaczej,  bliżej  niż  w  czasie  obchodu.  Ale  jeszcze  bardziej  się  zdziwiłem,  gdy  mi  ów  ksiądz   wyjawił,  że  jest  tu  nie  tylko  kapelanem,  nie  tylko  dba  o  duchowe  i  sakramentalne  potrzeby  pacjentów,  o  co  się  zresztą  troszczą  i  inni  duchowni,  bo  pacjenci  należą  do  różnych  wyznań,  ale  bierze  udział  w  ścisłych  naradach  lekarskich  jako  etatowy  kapłan  odpowiednio  do  tego  przeszkolony.

    Był  to  szpital  działający  systemem  Ity  Wegman.  Znałem elementy  tego,  co  się  u  nas  nazywa  medycyną  pastoralną  i  wiedziałem,  że  daje  ona,  a  raczej  powinna  dawać,  umiejętność  odróżniania  przeżyć  mistycznych  od  psychicznych  urojeń,  znajomość  typów  upośledzeń  umysłowych,  czyli  umiejętność  określania  w  jakim  stopniu  dana  osoba  jest  odpowiedzialna  za  swoje  postępki,  oraz  pewnych  elementarnych  wiadomości  z  dziedziny  seksuologii,  potrzebnych  konsultantowi  spraw  małżeńskich.  Tu  się  dowiedziałem,  że  lecznictwo  systemem  Ity  Wegman  stawia  wobec  kapłana  wymagania  większej  wiedzy.  Miałem  się  niedługo  możność  zapoznać  z  używanym  tu  podręcznikiem  medycyny  pastoralnej  znacznie  szerszej  potraktowanej  od  tego,  co  jest  wykładane  w  polskich  instytucjach  kształcących  duchowieństwa  starokatolickie  lub  rzymskokatolickie.  Nie  będę  tu  usiłował  przedstawić  podstaw  tak  rozszerzonej  medycyny  pastoralnej.  Nie  mam  do  tego  kompetencji.  To,  co  poniżej,  to  po  prostu  moje  osobiste  wrażenia. 
    Jako  podstawę  bierze  się  fakt  uznawany  przez  wszystkie  znane  mi  odłamy  chrześcijaństwa,  że  dusza  człowieka  powinna  go  prawidłowo  łączyć  zarówno  ze  światem  ducha,  jak  i  światem  fizycznym.  Tak  nie  jest,  z  powodów  znanych  wszystkim  czytelnikom  Biblii.  Stąd  -  cierpienia  człowieka  i  choroby.  Kapłan  znający  „anatomię”  i  „fizjologię”  duszy  wpływa  na  usuwanie  z  niej  nieprawidłowości  zarówno  przez  sakramenty,  jak  i  przez  przyczynną  modlitwę,  ale  przede  wszystkim  przez  wzmocnienie  w  chorym  świadomości  właściwymi  prawdami  duchowymi,  odpowiednimi  tekstami  słowa  Bożego,  czyli  przez  rozmowę,  z  pacjentem.  Dotyczy  to  również  pacjentów  niewierzących,  z  którymi  rozmowa  musi  być  szczególnie  ostrożna.  W  ten  sposób  kapłan  stara  się  usunąć  lub  zmniejszyć  podstawowe  przyczyny  choroby.  Rozmowa  nie  ma  być  po  prostu  ogólną  pociechą  typu:  „ufaj  Panu!”  ale  jest  dostosowana  do  rodzaju  choroby.  Inne  treści  Boże  przekazuje  się  choremu  na  serce,  inne  -  pacjentowi  okulistycznemu  lub  choremu  na  raka.  Jeśli  jednocześnie  lekarze  stosują  odpowiednie  środki  dla  usunięcia  lub  zmniejszenia  cielesnych  objawów  tejże  choroby,  leczenie  następuje  sprawniej  niż  w  przypadku  samotnego  działania  tylko  środkami  medycznymi.  Zarazem  w  czasie  rozmowy  kapłan  zdobywa  ważne  informacje  użyteczne  dla  diagnozy,  jakich  nie  da  formalny,  „rzeczowy”  wywiad  z  chorym,  ani  tym  bardziej  fizykalna  aparatura  medyczna. 
    Oczywiście  kapłan  pracujący  w  takim  lecznictwie  musi  mieć  jakieś  pojęcie  o  medycynie,  a  lekarz  o  teologii.  Ale  zwraca  się  ogromną  uwagę  na  to,  aby  kapłan  nigdy  nie  występował  w  roli  lekarza  -  byłby  wtedy  „uzdrawiaczem”,  znachorem,  ani  lekarz  nie  wchodził  w  kompetencje  kapłana  -  stawał  by  się  wtedy  samozwańczym  kaznodzieją.  Bo  kapłaństwo,  podobnie  jak  medycyna,  to   nie  tylko  powołanie,  ale  i  konkretny  fach  wymagający  wiedzy.  W  konsyliach,  naradach  o  każdym  pacjencie  bierze  udział  kapłan,  jako  jeden  ze  specjalistów,  wyraża  swoją  opinię,  ale  nigdy  nie  wychodzi  poza  własne  duchowne  kompetencje.
    Obiad  zjedzony  wówczas  w  tej  szpitalnej  stołówce,  wspólnie  z  lekarzami  i  pacjentami,  mającej  zewnętrzny   charakter  raczej  miłej  restauracji  hotelowej  niż  szpitalnej,   późniejsze  rozmowy  z  owym  księdzem  i  -  niestety  pobieżne  -  zapoznanie  się  ze  stosowaną  tam  medycyną  pastoralną,  utkwiło  mi  głęboko  w  pamięci.
Ale  dalsze  zrozumienie  sprawy  przyszło  do  mnie  w  czasie  popularnego  odczytu  pewnej  lekarki  wysłuchanego  kilka  lat  później  w  Dreźnie.  Między  innymi  mówiła  o  tym,  że  w  jednej  z  klinik  na  części  oddziału  chirurgicznego  przeszkolono  cały  personel  lekarski  i  pielęgniarski  nie  tylko  w uprzejmym,  ale  w  szczególnie  serdecznym  traktowaniu  pacjentów  i  tak  ułożono  im  czas  pracy,  że  nie  śpiesząc  się  mogli  każdemu  pacjentowi  poświęcać  tyle  czasu  na  rozmowę,  ile  sobie  pacjent  życzył.  A  niektórzy  pacjenci  są  gadatliwi!  W  czasie  trwania  tego  eksperymentu,  na  tej  części  oddziału,  rany  pooperacyjne  goiły  się  dwa  razy  szybciej  niż  na  pozostałej.
    W  tym  przypadku  działano  tylko  dobrym  słowem  ludzkim.  O  ileż  więcej  może  zdziałać  u  chorego  użycie  słowa  Bożego.      

kapł. M. Paweł
 

(Mariawita 11-12/2008)

powrót